Lagos, São Paulo, Seoul: Koniec 'World Music'
Afro House to 'sound of the year' 2026. Ale to nie jest kolejny trend - to koniec zachodniocentrycznego podziału na 'mainstream' i 'egzotykę'. Lagos, São Paulo, Seoul przestają być peryferiami. Stają się centrami.
Jest 3 nad ranem w Lagos. W małym studio na obrzeżach miasta producent o pseudonimie Ọlá Waves kończy track. Bas pulsuje jak bicie serca, perkusja splata się z syntezatorami, wokal w joruba nakłada się na angielski. Za oknem miasto nigdy nie śpi. Za trzy miesiące ten track będzie #1 w Berlinie, Londynie, São Paulo. Nikt nie nazwie go "world music". To po prostu muzyka.
2026 to rok, w którym Afro House został okrzyknięty "sound of the year" przez raport Splice i MIDiA Research. Bad Bunny dominuje streaming charts od trzech lat. Brazylijskie artystki jak Marina Sena i Luisa Sonza łamią bariery językowe bez tłumaczenia ani jednego słowa. K-pop przestał być "fenomenem" - stał się po prostu popem. Termin "world music" brzmi już archaicznie, jak "exotic" w menu restauracji. Coś fundamentalnego się zmienia. Ale co dokładnie?
Koniec Geografii Dźwięku
Przez dekady przemysł muzyczny działał według prostej geografii: centrum (Nowy Jork, Londyn, Los Angeles) i peryferie (wszędzie indziej). Muzyka z centrum była "mainstream". Muzyka z peryferii była "world music" - kategoria tak szeroka, że bezużyteczna, obejmująca wszystko od fado po gamelan. Podział był jasny: my i oni, uniwersalne i egzotyczne, globalne i lokalne.
Ta geografia właśnie się rozpada. Nie dlatego, że peryferia "dogoniły" centrum. Ale dlatego, że samo pojęcie centrum przestało mieć sens w erze streamingu. Gdy 18-letnia dziewczyna w Warszawie budzi się z Afro House w uszach, gdy producent w Seulu sampeluje brazylijskie funk, gdy Lagos eksportuje więcej muzyki niż importuje - gdzie jest centrum?
Édouard Glissant, martynicki filozof, pisał o "kreolizacji" - procesie, w którym kultury nie asymilują się ani nie pozostają separowane, ale splatają się w coś nowego, nieprzewidywalnego. To nie jest "fuzja" - słowo, które sugeruje, że istnieją czyste, oddzielne tradycje, które można zmieszać. To splątanie od samego początku. Afro House nie jest "afrykańską muzyką z wpływami house". To muzyka, która od zawsze była globalna - bo kolonializm, migracja, handel, internet sprawiły, że żadna muzyka nigdy nie była "czysta".
Kto Zarabia na Globalnej Muzyce?
Ale zanim zaczniemy celebrować "globalną wioskę", warto zadać niewygodne pytanie: kto zarabia na tej rewolucji?
Spotify płaci artystom średnio $0.003 za stream. Apple Music niewiele więcej. Gdy track z Lagos zbiera 100 milionów odtworzeń, producent dostaje $300,000 - przed podziałem z wytwórnią, dystrybutorem, współproducentami. Tymczasem Spotify wart jest $50 miliardów. Daniel Ek, CEO, ma majątek $4.7 miliarda.
Struktura jest znajoma: surowiec (muzyka) pochodzi z globalnego Południa, wartość dodana (platforma, dystrybucja, dane) pozostaje na globalnej Północy. To nie jest nowy kolonializm - to stary kolonializm w nowych ubraniach. Algorytm Spotify nie pyta, skąd jesteś. Ale ekonomia platformy wciąż działa według starej logiki: ekstrakcja wartości z peryferii, akumulacja w centrum.
Więcej: kategoria "Afro House" na Spotify to kuratorska decyzja. Kto decyduje, co jest "Afro House", a co "Electronic"? Kto tworzy playlisty, które generują miliony streamów? Kuratorzy w Sztokholmie, Nowym Jorku, Londynie. Muzyka może być globalna, ale władza wciąż jest lokalna.
Raport MIDiA celebruje "demokratyzację" muzyki. Ale demokratyzacja dostępu to nie to samo co demokratyzacja władzy. Każdy może uploadować track na Spotify. Ale tylko nieliczni mogą trafić na playlistę "Global Hits", która generuje 10 milionów streamów tygodniowo.
Kreolizacja jako Metoda
Czy to znaczy, że nic się nie zmienia? Nie. Zmienia się coś fundamentalnego - ale nie tam, gdzie myślimy.
Zmiana nie polega na tym, że "egzotyczna" muzyka staje się "mainstream". Zmiana polega na tym, że same kategorie "egzotyczny" i "mainstream" tracą sens. Gdy 16-letni producent w São Paulo sampeluje Chopin, afrobeat i Jersey club w jednym tracku - co to jest? Klasyka? World music? Electronic? Hip-hop?
Odpowiedź: to po prostu muzyka. I to jest rewolucja.
Glissant pisał, że kreolizacja to nie "mieszanie" kultur, ale ich "splątanie" - proces, w którym nie da się już rozdzielić składników, wskazać, co jest "oryginalne", a co "zapożyczone". Bo wszystko od zawsze było zapożyczone. Nie ma "czystych" tradycji. Jest tylko ciągłe przekształcanie, adaptacja, kradzież, dar, wymiana.
W tym sensie Afro House nie jest "afrykańską muzyką, która podbija świat". To muzyka, która od zawsze była globalna - bo house music powstało w Chicago z disco, funk i elektroniki, disco powstało z soul i psychodelii, soul z gospel i blues, blues z afrykańskich tradycji przeniesionych przez niewolnictwo. Koło się zamyka. Albo raczej: nigdy nie było koła. Była sieć, splątanie, kreolizacja.
Polska Scena: Między Centrum a Peryferiami
A co z Polską? Gdzie jesteśmy w tej nowej geografii dźwięku?
Polska scena elektroniczna - od Olivera Lieba przez Catz 'n Dogz po Brodkę - od lat balansuje między "lokalnym" a "globalnym". Ale to balansowanie właśnie traci sens. Gdy Brodka sampeluje polskie ludowe melodie w kontekście UK garage, gdy warszawski producent robi remix Afro House z elementami disco polo - co to jest? Polska muzyka? Globalna muzyka?
Odpowiedź: obie. I żadna. Bo podział przestał działać.
Młode polskie producentki jak Olivia Addams czy Sanah nie pytają już, czy robią "polską" czy "międzynarodową" muzykę. Robią po prostu muzykę. Śpiewają po polsku, ale struktura tracków, produkcja, estetyka wizualna - to wszystko jest już "globalne". Albo raczej: lokalne i globalne jednocześnie, bo te kategorie się zrosły.
Przyszłość bez Centrum
Więc dokąd to wszystko zmierza?
Pesymistyczna wersja: streaming platforms stają się nowymi gatekeeperami, algorytmy zastępują kuratorów, ekonomia pozostaje kolonialna. Muzyka jest globalna, ale władza i pieniądze wciąż płyną w jednym kierunku.
Optymistyczna wersja: młode pokolenie producentów i słuchaczy w ogóle nie myśli kategoriami "centrum" i "peryferie". Dla nich Lagos, São Paulo, Seoul, Warszawa to po prostu miasta, w których powstaje muzyka. Nie ma hierarchii. Jest tylko sieć.
Prawda pewnie leży gdzieś pośrodku. Struktury władzy się zmieniają, ale nie znikają. Ekonomia platformowa tworzy nowe nierówności, ale też nowe możliwości. Kreolizacja nie jest ani utopią, ani dystopią - jest procesem, który się dzieje, niezależnie od tego, czy go celebrujemy, czy krytykujemy.
Ale jedno jest pewne: termin "world music" już nie wraca. Nie dlatego, że "egzotyka" stała się "mainstream". Ale dlatego, że sam podział na "my" i "oni", "tutaj" i "tam", "centrum" i "peryferie" przestał opisywać rzeczywistość.
Jest 3 nad ranem w Lagos. Producent kończy track. Za trzy miesiące będzie #1 w Berlinie. Nikt nie zapyta, skąd pochodzi. Bo muzyka nie pochodzi skądś. Muzyka po prostu jest.
A może to właśnie jest koniec "world music" - moment, gdy przestajemy pytać o pochodzenie, a zaczynamy po prostu słuchać?
Źródła: