Powrót Klubów Kulturalnych: Kuracja jako Opór
Film clubs, book salons, listening parties - powrót do kuratorowanych, wspólnotowych doświadczeń kulturalnych. To nie nostalgia. To opór wobec algorytmicznej personalizacji.
Jest czwartek wieczór w Warszawie. W małym mieszkaniu na Pradze 20 osób siedzi w ciszy. Na ścianie projektor wyświetla "Stalker" Tarkovskiego. Nikt nie sprawdza telefonu. Po filmie będzie dyskusja - nie w komentarzach, ale twarzą w twarz, z herbatą i ciastkami. To nie jest kino. To film club. I takich klubów w 2026 roku jest coraz więcej.
The Culture Journalist, jedno z najbardziej wpływowych mediów kulturalnych, przewiduje "return of club culture" jako kluczowy trend 2026. Ale nie chodzi o kluby nocne. Chodzi o kluby filmowe, salony książkowe, listening parties, grupy dyskusyjne. Kuratorowane, wspólnotowe doświadczenia kulturalne. Dlaczego teraz? I co to mówi o naszej relacji z kulturą w erze algorytmów?
Attention Economy Fatigue
Żeby zrozumieć powrót klubów kulturalnych, trzeba zrozumieć, od czego ludzie uciekają.
Tim Wu, prawnik i teoretyk mediów, ukuł termin "attention merchants" - sprzedawcy uwagi. Model biznesowy jest prosty: platforma oferuje "darmową" usługę (Facebook, TikTok, Netflix), w zamian za dostęp do Twojej uwagi. Następnie sprzedaje tę uwagę reklamodawcom. Im dłużej scrollujesz, tym więcej zarabiają.
Ale jest haczyk: uwaga to zasób ograniczony. Masz tylko 24 godziny dziennie. Więc platformy muszą konkurować o każdą sekundę. Stąd algorytmy optymalizowane pod "engagement" - czyli pod to, żebyś nie mógł przestać scrollować. Stąd autoplay, infinite scroll, notyfikacje, FOMO.
Rezultat? James Williams, były strateg Google, nazywa to "kryzysem uwagi". Nie chodzi o to, że mamy krótszą uwagę (to mit). Chodzi o to, że nasza uwaga jest ciągle rozpraszana, fragmentaryzowana, kolonizowana przez algorytmy. Nie możemy się skupić. Nie możemy dokończyć książki, filmu, albumu. Bo algorytm już podsuwa kolejną rzecz, kolejny bodziec, kolejny hit dopaminy.
I ludzie mają tego dość.
Kuracja jako Opór
Film club to nie tylko "oglądanie filmów razem". To coś fundamentalnie innego niż Netflix.
Po pierwsze: wybór. Na Netflixie masz 15,000 tytułów. Algorytm podsuwa Ci "rekomendacje" oparte na tym, co oglądałeś wcześniej. Rezultat? Oglądasz wciąż to samo. Nigdy nie wyjdziesz poza swoją bańkę. Nigdy nie zobaczysz filmu, który Cię zaskakuje, prowokuje, niepokoi.
W film clubie ktoś wybiera film. Kurator. Może to być rotacyjna rola - każdy tydzień inna osoba. Ale kluczowe jest to, że wybór jest świadomy, uzasadniony, kuratorowany. "Oglądamy Tarkovskiego, bo chcę porozmawiać o czasie i pamięci". Nie: "algorytm myśli, że Ci się spodoba".
Po drugie: wspólnota. Netflix to doświadczenie samotne. Nawet jeśli oglądasz z kimś, każdy ma swój ekran, swoje tempo, swoją uwagę. Możesz pauzować, przewijać, sprawdzać telefon. Nikt Cię nie widzi.
W film clubie jesteś widziany. Siedzisz z innymi ludźmi w jednej przestrzeni. Nie możesz sprawdzić telefonu (no, możesz, ale będzie Ci głupio). Musisz poświęcić uwagę. I po filmie musisz porozmawiać - nie napisać komentarza, ale powiedzieć coś na głos, twarzą w twarz.
To brzmi jak drobna różnica. Ale jest fundamentalna.
Personalizacja vs. Wspólnota
Algorytmy obiecują personalizację. "Znamy Cię lepiej niż Ty sam". Netflix wie, co lubisz. Spotify tworzy playlisty "tylko dla Ciebie". TikTok pokazuje Ci treści, które "pasują do Twojego profilu".
Ale co tracimy w tym procesie?
Jean-Luc Nancy, francuski filozof, pisał o "wspólnocie" jako o czymś fundamentalnie różnym od "społeczeństwa". Społeczeństwo to suma jednostek - każdy ma swoje interesy, cele, preferencje. Wspólnota to coś więcej: doświadczenie bycia-razem, które nie redukuje się do sumy indywidualnych doświadczeń.
Gdy oglądasz film sam, masz swoje indywidualne doświadczenie. Gdy oglądasz film z grupą, doświadczenie jest wspólne - nie w sensie "każdy ma to samo doświadczenie", ale w sensie "doświadczenie powstaje między nami". Śmiech jest zaraźliwy. Napięcie się mnoży. Dyskusja po filmie zmienia to, jak pamiętasz film.
Algorytmy optymalizują pod indywidualne preferencje. Ale wspólnota wymaga czegoś innego: gotowości do wyjścia poza swoje preferencje, do zobaczenia czegoś, czego byś sam nie wybrał, do rozmowy z kimś, kto myśli inaczej.
I to właśnie ludzie zaczynają cenić w 2026 roku.
Gatekeeping czy Demokratyzacja?
Ale jest też ciemna strona.
Krytycy mówią: kluby kulturalne to nowa forma elitarnego gatekeepingu. Kto decyduje, co jest "warte" obejrzenia? Kto ma "dobry gust"? Czy to nie jest tylko kolejna forma wykluczenia - jeśli nie znasz Tarkovskiego, nie jesteś "wystarczająco kulturalny"?
To ważny zarzut. Historia kuracji to też historia wykluczenia. Przez dekady "wysoka kultura" była narzędziem klasowej dominacji - sposób na odróżnienie "nas" (wykształconych, wyrafinowanych) od "ich" (mas, plebsu). Muzea, galerie, sale koncertowe - to wszystko były przestrzenie, w których klasa średnia i wyższa reprodukowała swoją pozycję społeczną.
Czy kluby kulturalne to powrót do tego modelu?
Może. Ale nie musi tak być.
Różnica polega na tym, kto kuruje i dla kogo. Jeśli film club to zamknięta grupa "znawców", którzy oglądają tylko "trudne" filmy i patrzą z góry na "komercyjne kino" - to tak, to gatekeeping. Ale jeśli film club to otwarta grupa, gdzie każdy może zaproponować film, gdzie dyskusja jest inkluzywna, gdzie nie ma "właściwych" odpowiedzi - to coś innego.
Kluczowe pytanie: czy kuracja jest narzędziem wykluczenia, czy narzędziem odkrywania?
Polska Scena: Od Kawiarni do Klubów
W Polsce kluby kulturalne mają długą tradycję. Kawiarnie literackie, salony artystyczne, kluby studenckie - to wszystko były przestrzenie, w których kultura była tworzona i dyskutowana wspólnie.
Potem przyszedł internet. I przez chwilę wydawało się, że fizyczne przestrzenie kulturalne umrą. Po co iść do klubu filmowego, skoro możesz oglądać filmy w domu? Po co iść na spotkanie czytelnicze, skoro możesz dyskutować o książkach na Goodreads?
Ale w 2026 roku widzimy powrót. W Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku powstają nowe kluby filmowe, salony książkowe, listening parties. Nie są to wielkie instytucje. To małe, oddolne inicjatywy - ktoś otwiera swoje mieszkanie, ktoś rezerwuje salę w kawiarni, ktoś organizuje projekcję w squacie.
Dlaczego? Bo ludzie tęsknią za doświadczeniem wspólnoty. Za rozmową twarzą w twarz. Za kulturą, która nie jest spersonalizowana, ale wspólna.
Przyszłość Kuracji
Więc dokąd to wszystko zmierza?
Pesymistyczna wersja: kluby kulturalne to niszowy trend dla miejskiej klasy średniej. Większość ludzi wciąż będzie scrollować TikToka i oglądać Netflix. Algorytmy wygrają.
Optymistyczna wersja: kluby kulturalne to początek szerszego ruchu - odzyskiwania uwagi, odzyskiwania wspólnoty, odzyskiwania kultury jako czegoś więcej niż konsumpcji.
Prawda pewnie leży gdzieś pośrodku. Algorytmy nie znikną. Ale ludzie będą szukać równowagi - część czasu w algorytmicznej bańce, część czasu we wspólnocie.
I może to wystarczy. Może nie chodzi o to, żeby całkowicie odrzucić algorytmy. Może chodzi o to, żeby mieć wybór. Żeby móc powiedzieć: dziś chcę, żeby algorytm mi coś podrzucił. Ale jutro chcę pójść do film clubu i zobaczyć coś, czego bym sam nie wybrał.
Kuracja jako opór nie oznacza wojny z algorytmami. Oznacza tworzenie przestrzeni, w których algorytmy nie mają władzy. Przestrzeni, w których kultura jest wspólna, nie spersonalizowana. Przestrzeni, w których jesteśmy razem, nie sami.
Jest czwartek wieczór w Warszawie. Film się kończy. Ktoś zapala światło. Ktoś nalewa herbatę. Zaczyna się dyskusja. Nikt nie sprawdza telefonu. Nikt nie scrolluje. Wszyscy są tutaj, teraz, razem.
I może to właśnie jest przyszłość kultury - nie zamiast algorytmów, ale obok nich. Przestrzeń, w której wciąż możemy być wspólnotą.
Źródła: