Manifest Niedoskonałości: Renesans dotyku w erze szkła i krzemu
Żyjemy w dyktaturze wysokiej rozdzielczości. Nasze ekrany mają miliony pikseli, a nasze miasta coraz częściej przypominają wyrenderowane wizualizacje deweloperów – gładkie, lśniące, pozbawione skazy. Szkło i stal to mundur nowoczesnej metropolii, od Szanghaju po Warszawę. W tej globalnej unifikacji, gdzie każdy biurowiec odbija te same chmury, tracimy coś fundamentalnego: prawo do niedoskonałości, a wraz z nim – zmysł dotyku.
Architektura XXI wieku zachorowała na ocularcentryzm – dominację oka. Projektujemy budynki, by dobrze wyglądały na Instagramie, w kadrze drona, z perspektywy Google Earth. Ale człowiek nie jest kamerą. Człowiek jest istotą haptyczną. Poznawalismy świat najpierw dłońmi, zanim nauczyliśmy się go nazywać. Tymczasem współczesna przestrzeń publiczna to strefa „nie dotykać” – śliska, zimna, sterylna. „Smart City” to obietnica efektywności: inteligentne ławki z Wi-Fi, czujniki smogu, zoptymalizowany ruch. Ale czy miasto efektywne to miasto, w którym chce się żyć?
Potrzebujemy rewolucji, ale nie cyfrowej. Potrzebujemy Manifestu Niedoskonałości. Chodzi o powrót materiałów, które się starzeją, pękają, zmieniają kolor pod wpływem deszczu. Drewno, które szarzeje, cegła, która kruszy się na krawędziach, korten, który płacze rdzą. Te materiały mają n narrację, mają czas zapisany w swojej strukturze. Gładkie szkło jest bezczasowe – zawsze wygląda tak samo (dopóki się nie stłucze). Materiał organiczny żyje z nami.
Oczywiście, zwolennicy postępu powiedzą, że to nostalgia, fetyszyzacja biedy i przeszłości. Że szkło i aluminium są łatwe w utrzymaniu, higieniczne i nowoczesne. I mają rację. Utrzymanie „niedoskonałej” architektury jest trudniejsze. Wymaga troski, a nie tylko serwisu sprzątającego. Ale właśnie o tę troskę chodzi. Jeśli coś jest zbyt idealne, staje się obce. Jeśli coś wymaga uwagi, zaczynamy się z tym wiązać.
Przestrzeń publiczna przyszłości – prawdziwe „Civic Commons” – musi być przestrzenią tarcia. Miejscem, gdzie faktury są szorstkie, gdzie nie wszystko jest zaprojektowane pod linijkę. Zamiast sterylnych placów wyłożonych granitem, potrzebujemy, by zieleń rozsadzała chodniki. Potrzebujemy ławek, które są ciepłe w dotyku, a nie designerskich form z zimnego metalu, na których nie da się usiąść zimą.
Renensans dotyku to także bunt przeciwko izolacji. W cyfrowym świecie, gdzie każdy kontakt fizyczny jest potencjalnym zagrożeniem (pamięć pandemii wciąż tkwi w naszych ciałach), architektura miękka, zapraszająca, "brudna" w artystycznym sensie, jest aktem odwagi. To zaproszenie do bycia obecnym tu i teraz, a nie w chmurze.
Czy stać nas na luksus brzydoty, która jest prawdziwa? Czy może wolimy piękne kłamstwo wygenerowane przez AI? Architektura musi odzyskać ciało, zanim staniemy się tylko cyfrowymi awatarami w szklanych akwariach.